logotype
  • image1 Loża żeńska Gaja Aeterna na Wschodzie Warszawy
  • image2 Samorozwój poprzez indywidualną pracę nad wartościami
  • image3 Wolność sumienia, poszanowanie godności i odmienności innych

Efekt Lucyfera czyli jak ewoluowała moja wiara w bezstronność nauki

Efekt Lucyfera oznacza gwałtowną, negatywną przemianę charakteru. Zjawisko to zostało „ochrzczone” imieniem ulubionego anioła Boga, który przeciwstawił się jego woli i został wygnany do piekła wraz z gromadą innych, upadłych aniołów. W piekle Lucyfer, co znaczy dokładnie „niosący światło”, staje się kłamcą, kusicielem i próżnym szarlatanem. Jego grzech jest tym, co średniowieczni myśliciele nazywali „cupiditas”, stanem duchowym polegającym na posiadaniu wewnętrznej dziury zbyt głębokiej aby jakakolwiek ilość władzy lub korzyści materialnych mogła ją kiedykolwiek wypełnić. Dla tych, którzy cierpią na tę śmiertelną chorobę wszystko co istnieje poza ich wnętrzem przedstawia wartość tylko wówczas jeśli może być przez nich przywłaszczone lub wykorzystane na własne potrzeby. Innymi słowy Efekt Lucyfera polega na zamierzonym zachowywaniu się w sposób, który rani, wykorzystuje, poniża lub niszczy inne jednostki – lub używaniu swojej władzy i siły systemowej, by nakłaniać do tego innych, a także dawać im przyzwolenie do działania w ten sposób. W skrócie jest to „czynić niedobrze, wiedząc co dobre”. Przeciwieństwem Cupiditas jest Caritas pojęcie oznaczające postrzeganie siebie jako części kręgu miłości, w którym wartość każdej jednostki tkwi zarówno w niej samej jak i w sposobie, w jaki odnosi się ona do każdej innej osoby.

kratyEfekt Lucyfera został stwierdzony w 1971 roku, w słynnym na cały świat stanfordzkim eksperymencie więziennym. Można go obejrzeć na filmie dokumentalnym „Cicha Furia” dostępnym w języku polskim, bezpośrednio po wpisaniu tego tytułu w wyszukiwarkę „google”. Opis zredukuję więc tylko do konsekwencji tych badań dla osób badanych. Polegały one na tym, że uczestnicy eksperymentu tak dalece weszli w swoje role więźniów i strażników, że a punktu widzenia autora eksperymentu, wyglądało to tak jakby ” role weszły w nich”. Strażnicy, przed badaniem - pacyfiści i luzacy, zachowywali się w miarę upływu czasu coraz bardziej agresywnie, a nawet sadystycznie. Co do więźniów, to przed upływem 36 godzin u jednego z nich wystąpiły trudne do opanowania napady płaczu, wybuchy gniewu, dezorganizacja myślenia i poważna depresja. W następnych dniach podobne, związane ze stresem, objawy rozwinęły się u trzech innych, zaś u czwartego wystąpiła psychosomatyczna wysypka na całym ciele. Ze względu na te nieoczekiwane reakcje emocjonalne i zachowania, 5 z 9 więźniów zwolniono przed czasem, a badacze musieli przerwać eksperyment już po 6 dniach mimo, że miał trwać dwa tygodnie.

Czy ten ogromny koszt psychologiczny ze strony osób badanych był proporcjonalny do wartości uzyskanej wiedzy i czy przyczynił się do znaczącego przyspieszenia rozwoju psychologii? Zastanawiając się nad przyczynami zjawisk stwierdzonych w swoim eksperymencie, autor przytacza mnóstwo, głównie późniejszych badań, nad posłuszeństwem wobec autorytetów, konformizmem, uległością i innymi postawami, a także następstwami procesów społecznych o zasięgu systemowym, takich jak odindywidualizowanie, odczłowieczenie i znieczulica. Przyjrzałam się dokładnie datom tych publikacji nie umieszczonym w tekście, ale w przypisach i uporządkowałam je chronologicznie. Pierwsza z nich wskazywała, że badania z tego kręgu problemowego zaczęły się już w 1955 roku . A. Krackow stwierdził wtedy, że zatrudnione w szpitalu pielęgniarki, były gotowe podać pacjentom podwójną dawkę niebezpiecznego leku na polecenie lekarza przekazane przez telefon. Najciekawsze okazało się jednak to, że słynące z okrucieństwa eksperymenty Stanleya Miligrama, za które (między innymi) otrzymał on w roku 1965 Nagrodę Amerykańskiego Stowarzyszenia na Rzecz Postępu w Naukach Społecznych, w rzeczywistości miały miejsce już w roku 1961, o czym Zimbardo doskonale wiedział.

Relacje obu badaczy datowały się od czasu gdy spotkali się w jednym liceum. Drobnym drukiem w przypisie Zimbardo poinformował czytelników: „Stanley Milgram siedział koło mnie w 1949, w ostatniej klasie liceum im. Jamesa Monroe w Bronxie, dzielnicy Nowego Yorku. Obydwaj byliśmy chudymi dzieciakami przepełnionymi ambicją, żeby stać się kimś, dzięki czemu moglibyśmy uciec od życia w granicach naszego getta… Dopiero co wróciłem do liceum Monroe po okropnym roku uczęszczania do innego liceum, w Północnym Hollywood, w którym byłem odrzucany i nie miałem przyjaciół. Jak dowiedziałem się później, na mój temat krążyła plotka, że pochodzę z nowojorskiej rodziny mafii sycylijskiej. Po powrocie do „starej” szkoły zostałem wybrany ostatniej klasie najbardziej popularnym uczniem. Stanley i ja dyskutowaliśmy w jaki sposób mogło dojść do takiej transformacji. Zgodziliśmy się, że to nie ja się zmieniłem, ale sytuacja. Po latach spotkaliśmy się w 1960 r. na Yale University jako początkujący docenci.”

Wiadomo, że ci dwaj badacze intensywnie ze sobą współpracowali. Pomieszczenia do eksperymentu Milgrama były urządzone według projektu Zimbardo, początkowo w eleganckim laboratorium, potem w podziemiach jednego z budynków uniwersyteckich. Do ich wyposażenia należało m.in. tzw. „ krzesło elektryczne” - urządzenie do wymierzania uderzeń prądem od ledwie wyczuwalnych do zagrażających życiu włącznie. Skala tych przykrych szoków opisana była zarówno w jednostkach fizycznych, jak i słownie. W rzeczywistości nie były one wymierzane, ale badany o tym nie wiedział. Milgram tak uzasadnia potrzebę swoich badań: ”Mój paradygmat laboratoryjny… wyrażał w naukowej formie bardziej ogólne zainteresowanie kwestią autorytetu, zainteresowanie, które u ludzi należących do mojego pokolenia, zwłaszcza Żydów takich jak ja, musiały wzbudzić okropności II wojny światowej. Wpływ Holokaustu na moją psychikę zaktywizował u mnie zainteresowanie posłuszeństwem i ukształtował tę specyficzną formę, w jakiej je badałem”. Tej „formy” Milgram prawdopodobnie nie uznawał za całkowicie poprawną, bo w postaci oddzielnej książki podsumował swoje sensacyjne badania dopiero w 1974 roku, na którą to publikację, najczęściej powołuje się Zimbardo w swojej książce o efekcie Lucyfera z 2007r. Wybór tej właśnie pracy, zamiast wcześniejszego raportu badawczego, albo artykułu w specjalistycznym piśmie, sprawił, że tzw. szeroka publiczność odniosła wrażenie, że Eksperyment Stanfordzki był wykonany przed badaniami Miligrama, a nie 10 lat później.

Ale to jednak Milgram pierwszy sformułował listę warunków, w których efekt Lucyfera może wystąpić. Są to: 1. Przygotowanie jakiejś formy publicznego zobowiązania, 2. Przydzielenie uczestnikom ról do odegrania, takich jak: uczeń- nauczyciel, strażnik- więzień, itp. 3. Przedstawienie zasad obowiązujących podczas występowania w tych rolach, 4. Podstawienie chwalebnego celu działania, np. „zbieranie danych naukowych” zamiast „dręczenia ofiary”, o co tak naprawdę chodziło w badaniu, 5. Stworzenie możliwości rozłożenia odpowiedzialności lub zrzucenia jej na kogoś innego, 6. Wprowadzenie na drogę do niegodziwych działań metodą wsunięcia „stopy w drzwi” czyli demonstracja jak działa procedura karania tylko przy najsłabszych, negatywnych bodźcach, 7. Stopniowanie narzuconej przemocy poprzez jej niedostrzegalne zwiększanie, 8. Stopniowe zmienianie charakteru autorytetu od racjonalnego do irracjonalnego, 9. Spowodowanie, aby koszty „wyjścia z sytuacji” były wysokie, a proces wychodzenia trudny, 10. Zaoferowanie jakiejś ideologii, czyli wielkiego kłamstwa, taktyka znana w psychologii społecznej jako „historyjka fasadowa”.

Wobec tego dekalogu Eksperyment Więzienny w 1971 roku nie miał większego znaczenia, zwłaszcza - a może na szczęście! - że przeprowadzony był na znikomej populacji, a poza tym jego przebieg wymknął się całkowicie spod kontroli. Milgram wiedział lepiej o czym mówi, bo przebadał ponad 1000 osób w kilkunastu dobrze kontrolowanych seriach doświadczeń. Jako suma ludzkich cierpień było to zupełnie wystarczające, żeby zrezygnować z badań, których celem było obejrzenie w laboratorium tego, co na co dzień można było podpatrzeć w każdym amerykańskim więzieniu.

W 2004 roku Zimbardo przeżył szok i obrzydzenie, kiedy zobaczył przypadkiem w telewizji, że w więzieniu Abu Ghraib w Bagdadzie, Żandarmeria Wojskowa USA, zachowuje się podobnie, a nawet gorzej, od jego osób badanych w symulowanym więzieniu. Wspaniali młodzi mężczyźni i kobiety wysłani przez Pentagon w chwalebnej misji niesienia Irakowi wolności i demokracji: 1. Dręczyli więźniów biorąc odwet za swoją ciężką pracę, przedłużającą się przez konieczność tłumaczenia każdego słowa, w zamian za garstkę niezbyt wartościowych informacji, 2. Dopuszczali się drastycznych nadużyć seksualnych, 3. Fotografowali się z więźniami upozowanymi w sposób uwłaczający ich godności, także z ich zwłokami, a następnie systematycznie wymieniali „zdjęcia- trofea” . Ponieważ działo się to naprawdę, pisząc o tym, Zimbardo z trudem maskował zadowolenie z siebie jako odkrywcy tego zjawiska, mimo że jego badania były spóźnione, a do tego zostały wkrótce wykorzystane do różnych, pozanaukowych celów, między innymi do szkolenia wojskowych śledczych w prowadzeniu dochodzeń np. w Guantanamo, bez stosowania przemocy fizycznej.

Wrócę teraz do moich rozterek etycznych. W publikacji Komitetu Etyki PAN pt. „Dobre obyczaje w nauce” powiedziane jest wyraźnie, że „Badania naukowe należy prowadzić w sposób nie uwłaczający godności człowieka i nie naruszający zasad humanitarnych” oraz że „Główną pasją pracownika nauki powinna być pasja poznawcza i chęć powiększenia dorobku nauki, a jego nagrodą powinno być poznanie prawdy i uznanie środowiska naukowego”. To samo mówi Kodeks Etyczny Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. W Stanach Zjednoczonych ani Milgram ani Zimbardo już od połowy lat siedemdziesiątych nie mogli by liczyć na poparcie swoich projektów eksperymentalnych. Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne od 1953 roku zajmowało się kolejno różnymi aspektami pracy badawczej psychologów na ludziach i zwierzętach. Nie wiadomo dokładnie jaki był stan prac nad scaleniem tych zasad, wiadomo natomiast że w roku 2002 ukazała się już 10 edycja Amerykańskiego kodeksu etyki psychologicznej, jedyna wymieniona przez Zimbarda jako obowiązująca w jego „Psychologii i Życiu” (2005). Dlaczego cytuje dopiero 10 wydanie?

Zimbardo sam przyznaje, że z punktu widzenia etyki absolutnej jego eksperyment był nieetyczny, natomiast patrząc nań z punktu widzenia etyki relatywnej można go przynajmniej częściowo usprawiedliwić. Nie wiem co to jest etyka absolutna (chyba chodzi tu o etykę uniwersalną) i nie wiem, który z kodów etyki relatywnej (czyli utylitarnej ) autor miał na myśli: etykę autonomii, kolektywistyczną, dobra powszechnego, godności czy produktywności?

Etyka autonomii, której wartością centralną jest dobro innej jednostki w jego badaniach ucierpiała chyba najbardziej. Zarówno strażnicy jak iwięźniowie zmuszeni byli przez sytuację do zachowań niezgodnych z ich osobistymi normami moralnymi, co powodowało ekstremalny stres. Może więc autor Eksperymentu Więziennego kierował się etyką kolektywistyczną, której najwyższą wartością jest dobro własnej grupy, ale można zapytać której z grup? Dla najważniejszej z nich czyli psychologów społecznych, rezultaty uzyskane przez Zimbardo, choć wzbudziły wiele emocji, nie stanowiły przełomu, ani z punktu widzenia wiedzy o przedmiocie, ani o metodach badań. Z kolei etyka - dobra powszechnego, została naruszona w wielkim stopniu za pomocą Internetu. Kiedy po odkryciu afery irackiej autor zgodził się być świadkiem obrony jednego z oskarżonych, w sieci krążyły niezwykle drastyczne zdjęcia i filmy wykonane przez żołnierzy. Usunięcie tych materiałów z polskiego wydania „ Efektu Lucyfera” Zimbardo ocenił jako ostrożność ze strony PWN, bo i tak są już dostępne w Internecie... Została nam jeszcze etyka godności czyli zabieganie o czystość życia duchowego, ziemskiego lub pozaziemskiego oraz odrzucanie wartości materialnych na rzecz honoru. Dbanie o godność, niekoniecznie własną, stoi w sprzeczności z ambicjami Autora jasno określonymi na początku drogi życiowej: „stać się kimś”, „ uciec od życia w granicach getta” , harmonizuje natomiast wyjątkowo dobrze z ostatnią z etyk relatywnych - etyką produktywności uznającą za najwyższą wartość pomnażanie dóbr. Według tej etyki człowiek powinien posiadać i rozwijać takie cnoty jak użyteczność, skuteczność, pracowitość, sukces, oszczędność. Jest to chyba etyka, w której nasz Autor czuje się najlepiej.

Tak więc moje przekonanie o tym, że czysta nauka rozwija się według własnej wewnętrznej logiki, że starannie przeanalizowana wiedza naszych poprzedników, a nie osobista motywacja, generuje hipotezy, które zweryfikowane powracają do nauki - okazała się być „historyjką fasadową”, chętnie rozpowszechnianą przez metodologów na użytek młodych naukowców. Mogłabym jeszcze zrezygnować z zaliczenia psychologii, zwłaszcza społecznej, do czystej nauki, albo użyć jakiegoś ogranicznika w rodzaju „przeważnie” lub „niekiedy”, ale wtedy formułowanie dowolnych twierdzeń ogólnych straciłoby sens.

Dzięki powyższej analizie rozprawy Zimbarda o Lucyferze, wiem, że opowiadam się do końca za Caritas. Do głębi zrozumiałam sens pytania: „Czy jesteś Wolnomularką?” i odpowiedzi: „Siostry mnie za taką uważają”, bo moje wnętrze nie jest do końca moje. Wyraża się ono także w sposobie w jaki odnoszę się do innych ogniw Łańcucha Jedności, które z kolei odciskają się we mnie odwzajemniając moją tolerancję, pomoc i opiekę. Opowiadam się za etyką uniwersalną i powszechnym przymierzem na zasadach Braterstwa. Szanuję wszystkich ludzi i sprzeciwiam się wszelkiej dyskryminacji wobec jednostek lub grup, zwłaszcza prześladowanych z racji pochodzenia, przynależności etnicznej lub wyznania czyli za swój ludzki los, dokładnie tak samo jak badani w eksperymentach Milgrama i Zimbarda, przydzielani do grania odpowiednich ról przez rzut monetą. Dążąc przez wytrwałą pracę do doskonalenia świata i samej siebie, jestem gotowa poszukiwać prawdy stawiając wartości etyczne nad życiowymi korzyściami. Szkoda, że psychologom, do których także należę i których szanuję, przychodziło to czasem z takim trudem.

Mary M., 17.12.2011 r.